| Marcin Herich
TSUNAMI
PROLOG
Nasze życie nie różniło się od innych. Także tego ranka, wyszliśmy, jak co dzień przed dom i spojrzeliśmy w niebo. Było jasne i dobre i podziękowaliśmy za to. Z oddali dobiegał gwar miasta, a uczepione konarów drzew ptaki krzyczały na nas, przypominając, że już czas,
już czas, aby zakasać rękawy i ponownie zmierzyć się z dniem.
I tak wieszczyły już koniec dnia i sen i następny poranek.
W południe wrócili rybacy, znużeni jałowym oczekiwaniem na połów a miasto zamarło, spowite skwarem. Zastygliśmy w bezruchu, jak zwykle o tej porze, w oczekiwaniu na późno popołudniową ulgę. Niespodziewanie powiało od morza i poczułam dreszcz i zadrżałem,
ale nie z zimna, bo nie znałam zimna, tylko radość, złość, głód, odświętność, zwyczajność i smutek. Tak, poznałam już uczucie smutku, ale nie znałam go naprawdę.
Wieczorem ptaki odleciały w głąb lądu. Zapadła cisza. I pomyślałam, że już nigdy nie będzie tak, jak dawniej i posmakowałam tej ciszy. Zmrużyłam oczy i wzięłam głęboki, ożywczy oddech. Potem ogarnęła mnie ciemność.
EPILOG
Opowiedziałam tę historię tak, jak ją zapamiętałam i jak mi opowiadano, od początku.
A raczej jak mi się przyśniła - jak opowiada się sny.
Mieszkam teraz na obrzeżach wielkiego miasta, w głębi lądu, u obcych ludzi.
Wyrzuciła mnie tutaj wielka fala, fala portowa, która rozchodzi się w nas z bezbrzeżną siłą zawsze, po trzęsieniach i wybuchach naszego świata i rzuca gdzie bądź i wszystko, co w nas i z nami było, zmienia.
Gdy wieczorem wyruszam do pracy biegną za mną dzieci i krzyczą: Tsunami, Tsunami. Odwracam się do nich, uśmiecham, schylam głowę i idę dalej. I tak już będę szła. Chwila po chwili, dzień po dniu, rok po roku. Ale gdziekolwiek rzuci mnie znowu fala, przytrzymam pod sercem ten sen i uśmiechnę się.
Aż i mnie pochłonie.
|
|