Ostatnie dni ludzkości

Przedstawienie sceniczne

OSTATNIE DNI LUDZKOŚCI („The Last Days of Mankind”) to międzynarodowy projekt teatralny, który Teatr A Part zrealizował w koprodukcji z Theaterlabor Bielefeld z Niemiec wg antywojennego dramatu satyrycznego austriackiego pisarza Karla Krausa pod tym samym tytułem, dokumentującego horror i absurdy I Wojny Światowej. Tekst ten, uznawany za najdłuższy dramat świata, został w przedstawieniu dostosowany do formy spektaklu, która jest dynamicznym kolażem różnych teatralnych stylów. Tekst dramatu podawany jest w spektaklu na przemian w kilku europejskich językach (językach ojczystych występujących w nim artystów: angielskim, francuskim, niemieckim, polskim, portugalskim, rosyjskim, serbskim, szkockim i ukraińskim), co czyni z przedstawienia istną teatralną wieżę Babel.

W przedstawieniu, wyreżyserowanym wspólnie przez Yuri Birte Anderson, Marcina Hericha i Siegmara Schrödera, wzięły udział grupy artystyczne z siedmiu krajów: Theaterlabor Bilelefeld z Niemiec, szkocki Leith Theatre, serbski teatr Plavo Pozoriste, stowarzyszenie Kultura Medialna z Ukrainy, Association Arsène z Francji i Teatr A Part. Muzykę do spektaklu skomponował słynny angielski muzyczny kabaret postbrechtowski The Tiger Lillies, który zagrał w przedstawieniu na żywo.

Spektakl odbył się 8 i 9 czerwca 2019 roku w sali teatralno-kinowej Pałacu Młodzieży w Katowicach w ramach jubileuszowego 25. Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Performatywnych A Part.

Katowickie prezentacje „Ostatnich dni ludzkości” to druga odsłona spektaklu. Pierwsza, wyreżyserowana przez Yuri Birte Anderson i Johna Paul McGroarty odbyła się w listopadzie 2018 roku w Leith Theatre w Edynburgu w setną rocznicę zakończenia I Wojny Światowej (sześć prezentacji). Sceny przygotowane przez Teatr A Part wyreżyserował Marcin Herich.

Trzecia, ostatnia odsłona odbyła się w Theaterhaus Tor 6 w Bielefeld w Niemczech w październiku 2019 roku (trzy prezentacje). Spektakl wyreżyserowali Yuri Birte Anderson i Siegmar Schröder. Sceny Teatru A Part wyreżyserował Marcin Herich. W tej odsłonie projektu muzyka The Tiger Lillies została zastąpiona kompozycjami i improwizacjami lokalnych muzyków jazzowych, przygotowanymi pod kierunkiem Yuri Birte Anderson.

„Ostatnie dni ludzkości” to część projektu „Cafe Europa”, realizowanego przez Theaterlabor Bielefeld we współpracy z Leith Theatre w Edynburgu i Teatrem A Part przy wsparciu Komisji Europejskiej w ramach programu Kreatywna Europa.

 

Reżyseria: Yuri Brite Anderson, Marcin Herich, Siegmar Schröder
Wideo: Odile Derbelley, Michel Jacquelin
Muzyka, teksty piosenek: Martyn Jacques
Tłumaczenie: Jacek Katański, Kaja Katańska
Występują: Thomas Behrend, Michael Grunert, Janet De Vigne, Odile Derbelley, Michel Jacquelin, Hanna Kryvsha, Cezary Kruszyna, Natalia Kruszyna, Martin MacLennan, Sophia McIean, Jelena Martyinovic, Freya Muller, Carolin Ott, Katryna Ponomarenko, Marko Potkonjak, Isabel Remer, Anton Romanov, Dejan Stojkovic, Alina Tinnefeld, Paul Tinto, Monika Wachowicz oraz The Tiger Lillies (Martyn Jacques, Andrian Stout, Jonas Golland)

Czas trwania spektaklu: 1 godzina 30 minut

logosbeneficairescreativeeuroperight_pl

 

RECENZJE

Ciało, historia, toższamość
Obrazy znikają. Bilder verschwinden. Les images disparaissent. To jest na tyle istotna kwestia, żeby ją powtórzyć w kilku językach. Słyszymy ją w finale spektaklu, a słowa wreszcie wypowiadane są z powagą. Ba, nawet z trwogą. A kilka minut wcześniej Michael Grunert, aktor Theaterlabor Bielefeld, który odtwarza dla nas, widzów, jedyną rozpoznawalną historycznie postać – Karla Krausa – powie coś, co powtórzy później inny pisarz, eseista i dramaturg, Imre Kertesz. Że zapomnimy, kto toczył tę wojnę, kiedy, po co, i dlatego; a że zapomnimy, wydarzy się ona ponownie. Na spełnienie się proroctwa Karla Krausa Europa czekała zaledwie dwie dekady. Tyle dzieliło jedną wielką wojnę od drugiej. Ale oczywiście groźba pozostaje nadal w mocy, bo nie przepracowaliśmy ani lekcji Wielkiej Wojny ani Auschwitz (Kertesz). Jeśli dzisiaj w Europie można wracać do idei, które prowadziły w prostej drodze do apokalipsy, to znaczy że nic się nie zmieniło. I dlatego, być może, artyści z tej Europy (niemiecki Theaterlabor Bielefeld, serbski Plavo Pozoriste, szkocki Leith Theatre, ukraińska Kultura Medialna, francuska Association Arsene, i polski Teatr A Part) sięgają po antywojenny arsenał, po ośmiusetstronicowy dramaturgiczny zapis wojennego horroru, jakim są „Ostatnie dni ludzkości” Karla Krausa. Warto zaznaczyć, że to druga próba inscenizacji w kraju od momentu przekładu dzieła Krausa na język polski (Jacek Buras).
Przedstawienie Piotra Cieślaka zostało wyreżyserowane w Teatrze Powszechnym w 1997 roku. Mówi się, że gdyby przestawić na scenie całe osiemset stron, inscenizacja musiałaby trwać nieprzerwanie dobę, tematem mógłby się więc zainteresować specjalista od teatralnych maratonów, Krystian Lupa, ale się nie zainteresował. Mówi się również, że oczywistą trudnością tego dramaturgicznego materiału nie jest ilość, ale jakość. Wszystko, niemal każdy obraz, każda wypowiedziana kwestia, mają w sobie moc i wydają się jednakowo ważne. Cięć, mimo to, nie sposób uniknąć. Reżyserzy teatralnej kooperacji skompresowali sztukę do niespełna dwóch godzin i stworzyli w pełni audiowizualny spektakl, który ma swoje oczywiste zalety. Wady, niestety, też. Z pewnością bombardowanie wizualem – ekran w głębi sceny, tekst tłumaczenia wyświetlany pod samym sufitem, kąt widzenia rozciągnięty do 180, a nawet powyżej 200 stopni (akcja sztuki zbyt często zmuszała mnie do patrzenia w bok, a nawet za własne plecy) – nie służy ogniskowaniu uwagi. W zasadzie jest to prosty przepis na klęskę. Jeśli w zamyśle twórców chodziło o to, żeby stworzyć wrażenie chaosu, znieść sceniczną granicę (temat forsowany przez festiwal od lat), wtargnąć na siłę, gwałtem (jakiego dokonuje wojna i media ją relacjonujące) w intymną przestrzeń obserwatora i jej zagrozić, to częściowo zabieg się udał (zaleta). Ale nie jestem w stanie ocenić skali strat w odniesieniu do scen, działań, wypowiadanych kwestii w tym samym momencie w innej części teatralnej przestrzeni.
„Ostatnie dni ludzkości” opowiedziane są jednak z pasją – czego nie można powiedzieć o tradycyjnej i niemrawej inscenizacji Cieślaka. Nie mamy tu gadających głów, tylko nieustanną aktywność w obrębie słowa i scenicznego ruchu, w zasadzie uczestniczymy w jakiejś apokaliptycznej, werbalnej i cielesnej konwulsji, jaką generuje doświadczenie wojenne (i świadomość końca dziejów). Temu prawu konwulsji, galopującej entropii podlegają wszystkie portretowane grupy społeczne i aktorzy je przedstawiający. Nawet sam Karl Kraus, który w archiwalnym materiale wyświetlanym na ekranie recytuje tekst „The Last Days of Mankind”. Ten język (przede wszystkim język ciała) skądś znamy, do złudzenia przypomina on inny spektakl, toczący się na większości nazistowskich trybun. Nie wiem czy to efekt zamierzony. Czy może samą postać Krausa pochłonął chaos (i metoda, którą zastosowali twórcy przedstawienia). Wielu komentatorów dzieła austriackiego dramaturga powtarzało, że tym, co ratuje ośmiusetstronicowy zapis okropności wojennych, do których, nawiasem mówiąc, nie zaliczają się wyłącznie relacje z okopów, ale przede wszystkim odbiór wojny przez społeczeństwo, jest ironią. Całkiem na poważnie nie dałoby się tego po prostu znieść. I tutaj docieramy do istoty przedstawienia. „Ostatnie dni ludzkości” są dziełem międzynarodowej kooperacji teatrów, ale chyba najsilniej zaznacza się w nich estetyka Teatru A Part.
Jeśli przypomnimy sobie „Cyrk Bellmer” i „W dżungli historii. Variete”” (ten drugi, również zrealizowany we współpracy z Theaterlabor Bielefeld, jak widać, był przygotowaniem do inscenizacji sztuki Krausa), od razu rozpoznamy stylistyczne i genologiczne kody. Oniryczno-alegoryczną opowieść jakby wyjętą z kliniki dra Gotarda – jeszcze jednego Schulzowskiego demiurgosa, który próbuje wskrzesić czas „ze wszystkimi jego możliwościami”, przesyconą kabaretową, dekadencką tradycją (nad którą w „Ostatnich dniach ludzkości” czuwali fenomenalni muzycy z The Tiger Lillies). Rozpoznamy maski i ich imiona, tanie, jarmarczne rekwizyty, umiejętnie sterowaną granicę między powagą a kiczem, i wreszcie ludzkie słabości i perwersje – nasze prawdziwe oblicze, do którego (kultura jako źródło cierpień) nieustannie wzdychamy, i za którym potajemnie tęsknimy.
Radek Kobierski, „Śląsk” nr 8/2019

Entropia kontrolowana czyli pieśń o człowieku
Jubileuszowa edycja festiwalu rozpoczęła się fantastycznym koncertem brytyjskiej formacji The Tiger Lilies. Charakterystyczny, ochrypły falset lidera zespołu, Martyna Jacques’a, przy akompaniamencie niezwykłego instrumentarium, wypełnił wnętrze przepełnionego widzami katowickiego kinoteatru Rialto opowieściami o życiu w półświatku, pełnym smutku, okrucieństw i uzależnień. Brechtowska tradycja kabaretowa, groteska i czarny humor, tak charakterystyczne dla tej muzycznej formacji, wróciły z siłą jeszcze potężniejszą dwa dni później, jako część monumentalnej produkcji „Ostatnie dni ludzkości”. W zeszłym roku, w stulecie zakończenia I wojny światowej, reżyserzy: Yuri Birt Anderson, Marcin Herich i Siegmar Schröder stworzyli totalny i bezkompromisowy spektakl, w którym biorą udział grupy artystyczne z siedmiu krajów: Theaterlabor Bielefeld z Niemiec, szkocki Leith Theatre, serbski teatr Plavo Pozoriste, stowarzyszenie Kultura Medialna z Ukrainy, Association Arsène z Francji oraz polski Teatr A Part. The Tiger Lillies gra tu na żywo utwory, które Jacques skomponował specjalnie do tej produkcji. Reżyserzy sięgnęli do antywojennego dramatu satyrycznego Karla Krausa, przekładając 800- stronicowy utwór na niezwykle dynamiczny kolaż wizualno-muzyczno-językowy. Nawarstwienie obcojęzycznych dialogów, nierzadko prowadzonych polifonicznie oraz szaleńcza struktura wizualna, na którą składa się gra aktorów w różnych miejscach sali jednocześnie (scena, loggie, tył sali za plecami widowni) i treści wyświetlane na ekranie umieszczonym w głębi sceny (archiwalne, drastyczne zdjęcia z wojny przerywane transmisją na żywo z kamery, której operatorem jest jeden z aktorów) tworzą istną teatralną więżę Babel. Ale w tym makabryczno-groteskowym szaleństwie jest metoda. Widz zostaje brutalnie wciągnięty w sam środek wydarzeń, agresywne bodźce podnoszą tętno, drukują drastyczne obrazy pod naszymi powiekami. Na jak długo wystarczą te powidoki? Według Krausa szybko zapominamy kto i z jakiego powodu toczył wojny, jak dużo ludzi zginęło, jak nisko ludzkość upadła. Obrazy znikają.
Aneta Zasucha, „Scena” nr 3-4/2019

 

Zdjęcia: Maciej Dziaczko

Otwórz galerię Zobacz wideo