CYRK BELLMER – biedny cyrk Teatru A Part, cyrk o umieraniu, freak show, rozpięty między rozrywką a śmiercią, erotyką i grzebaniem zmarłych, cyrk w składziku przycmentarnym, na śmietniku wspomnień, surrealistyczno-fatalistyczny kabaret, grande massacre, widowisko „najniższej rangi”. Dedykowany tym, które odeszły lub odejdą.
Hans Bellmer – niemiecki surrealista i artysta-skandalista. W jego twórczości seksualność łączyła się z nachyleniem ku dezintegracji, rozpadowi, śmierci. Centralnym motywem twórczosci Bellmera była naga lub półnaga lalka, która w rękach męskiego artysty-demiurga ulegała tragikomicznym, często okrutnym transformacjom. Katowiczanin z urodzenia, podobnie jak Herich, reżyser spektaklu. Obaj ukończyli też to samo katowickie liceum.
W twórczości Bellmera, podobnie jak w spektaklach Teatru A Part seks i śmierć splatają się w jedno. To twórczość stroniąca od doraźności i realizmu, a równoczesnie autobiograficzna, wynosząca doświadczenia, fascynacje i lęki ku iluzji i transcendencji. Hans Bellmer zmarł w 1975 roku, w tym samym roku Tadeusz Kantor wystawił po raz pierwszy swą niesłychaną „Umarłą Klasę”. Bellmer to wyjątkowo ładna nazwa dla cyrku.
Pomysł, scenariusz, reżyseria, scenografia: Marcin Herich
Współpraca nad scenariuszem; zespół
Występują: Natalia Kruszyna, Karolina Narazińska (M. Katarzyna Gliwa), Joanna Pyrcz, Monika Wachowicz, Cezary Kruszyna, Marek Radwan, Lesław Witosz
Współpraca nad realizacją scenografii, produkcja: Cezary Kruszyna
Muzyka: fragmenty utworów Olafura Arnaldsa, Social Interiors, Kato Hideki, Skuli Sverrissona i Hanki Ordonówny oraz tradycyjna muzyka cyrkowa
Czas trwania spektaklu: 75 minut
Premiera: Katowice, Kinoteatr Rialto, listopad 2011
Współpraca nad scenariuszem, ruchem scenicznym i realizacją kostiumów: Monika Wachowicz. Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Przedstawienie zostało zrealizowane przy udziale środków budżetowych Samorządu Województwa Śląskiego.
Spektakl nominowany do nagrody specjalnej Złota Maska 2011 za zarys scenariusza, reżyserię i scenografię.
PREZENTACJE
Spektakl był grany w latach 2011-2016 i został zaprezentowany 22 razy, w Polsce oraz w Izraelu.
Dotychczasowe prezentacje spektaklu:
– Kinoteatr Rialto (Katowice, premiera, 17.11.2011);
– MDK Bogucice-Zawodzie (Katowice, 23 i 25.02.2012, Teatr A Part Festival);
– Teatr Mały (Tychy, 19.05.2012);
– namiot cyrkowy na Placu Litewskim (Lublin, 25.05.2012, Międzynarodowy Festiwal Teatralny Sąsiedzi);
– Kinoteatr Rialto (Katowice, 21.06.2012, Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych A Part);
– Kinoteatr Rialto (Katowice, 11.10.2012);
– Kinoteatr Rialto (Katowice, 28.05.2013);
– Jeleniogórskie Centrum Kultury (Jelenia Góra, 31.05.2014, Międzynarodowy Festiwal Teatrów Awangardowych Pestka);
– Kinoteatr Rialto (Katowice, 12.06.2014, Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych A Part);
– Hajnowski Dom Kultury (Hajnówka, 3.08.2014, Międzynarodowy Festiwal Teatralny WERTEP);
– Kinoteatr Rialto (Katowice, 12.06.2015, Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych A Part);
– Kinoteatr Rialto (Katowice, 18.06.2016, Międzynarodowy Festiwal Sztuk Performatywnych A Part);
– Parking Stage (Beer Szewa, Izrael, 5.07.2016, Beer Szewa Fringe Festival).
RECENZJE
Lekcja anatomii doktora Bellmera
17 listopada o godzinie 20.00 w Katowicach dokonano publicznej sekcji zwłok. Eksperyment został przeprowadzony przez Teatr A Part pod nadzorem Marcina Hericha. Obiektem eksploatacji było „ciało” lalek Hansa Bellmera. Ciemną porą zgromadzony licznie tłum żądnych wrażeń gapiów czekał w ciszy na pokaz.
Specyfiką autorskiego Teatru A PART jest ekspresyjne, fizyczne aktorstwo, operujące poetyką metafory i symbolu. Wyznacznikiem prowadzonej wizualnej narracji jest zawsze intensywna obecność aktora jako ciała. W oparciu o wydobycie jego morfologicznych cech osobniczych budowana jest stylistyka radykalnego teatru ciała i emocji. Wykorzystując twórczy potencjał żywej tkanki ludzkiej i immanentnej dramaturgii w nim zawartej przedstawienia zyskują na autentyczności. Twórców teatru interesują imponderabilia, czyli „coś” niedającego się określić i objąć, a mającego ogromne znaczenie i moc podświadomego wpływania na zachowanie człowieka. Celem przeprowadzonego badania było odkrycie i poznanie owego „czegoś”, ale czy to możliwe? Nie. Reżyser jest tego w pełni świadomy, dlatego też jego sztuka nie tyle opisuje tajemniczy fenomen, ile stara się uchwycić jego graniczny charakter. Tym samym inicjuje nowe sposoby rozumienia ludzkiej egzystencji, poszerzając granice naszego doświadczenia.
Spektakl Cyrk Bellmer jest jawnym nawiązaniem do niezwykłej postaci Hansa Bellmera, którego rodzime miasto wyparło się i wymazało ze swojej historii. Podczas gdy w wielu krajach ukazują się liczne publikacje, książki i albumy jemu poświęcone, Katowice milczą. Zacierając ślady pozbyły się jego twórczości, która trafiła do największych muzeów świata. Dopiero niedawno miasto oprzytomniało, dokonując rehabilitacji i niejako nowej recepcji bellmerowskiej sztuki. Pierwsza w Polsce wystawa, zrealizowana w 1996 roku przez Marka Zielińskiego, była momentem przełomowym. Kolejnym ważnym wydarzeniem było powstanie w roku 2000 Towarzystwa Bellmer. Myśl o artyście przetrwała, jednak pomimo starań pewnych rzeczy nie można już odwrócić, naprawić, odzyskać. Nie chodzi tu tylko o utracone dzieła, ale także o kwestie natury moralnej i historycznej. Katowice za czasów Bellmera były młodym miastem, które dopiero co (bo w roku 1865) otrzymały prawa miejskie. Panujący melanż kulturowy kształtował młodego twórcę, dorastającego wśród wielu sprzecznych często elementów i wartości. Otoczony kontrastowym pejzażem nieoswojonej natury i ekspansji importowanej z zachodu Europejskiej technologii, nasiąkał swoistą estetyką, charakterystyczną dla jego prac. Po zdaniu matury zatrudnił się w hucie i kopalni, a w 1922 roku wystawił swoje pierwsze prace. Za ich nieobyczajowość, która wywołała predadaistyczy skandal, osadzony został w katowickim więzieniu. W okresie młodzieńczego buntu wszedł w poważny konflikt z ojcem, którego w tekście zatytułowanym „Vater” (ojciec) nazywa tyranem i konserwatywnym patriarchą domu. Liberalny Hans nie znosił podporządkowania i zniewolenia. Niestety, jego życie naznaczone jest totalitaryzmem. Po dojściu do władzy nazistów sztuka Bellmera uznana została za zdegenerowaną. Wojna niewątpliwie odbiła się głębokim echem w jego twórczości i rzutowała na postulowaną doktrynę artystyczną, czego daje wyraz w dziele „Anatomia obrazu”. Stale obecnym motywem jego dzieł jest śmierć i kobieta – anagram w postaci lalki.
Marcina Hericha i Hansa Bellmera łączy nie tylko piękna i trudna przestrzeń Katowic, gdzie obaj się urodzili i mieszkali (w bliskim sąsiedztwie w okolicach centrum miasta), a nawet uczęszczali do tego samego Liceum im. A. Mickiewicza (oczywiście w innym czasie!). Tym, co skłoniło młodszego artystę do wejścia w dialog z dorobkiem starszego jest obsesja wszechobecnej w świecie dychotomii życia i śmierci, sacrum i profanum. Reżyser przywraca do życia bellmerowskie lalki, aby w drastycznym rytuale, zgodnym z naturalnym prawem natury, ponownie je zabić. Wyciągnięte z pierwotnego kontekstu zostają rzucone na arenę cyrku. Ta surrealistyczna przestrzeń, pełna dziwolągów, to jedyne miejsce, gdzie jako wybryki natury mogą zaistnieć. Frankensteinowski twór uwalnia się jednak od twórcy i zaczyna żyć własnym życiem, stanowiąc zagrożenie. Dlatego należy go unicestwić. Śmierć nie oznacza jednak końca egzystencji, gdyż jedne ciało przechodzi płynnie w drugie. Nieustannie coś umiera, by dać nowe życie.
Jesteśmy świadkami powtórzonego obrzędu, dokonującego się przez symboliczne sekwencje sformalizowanych gestów. Związane są one ze zjawiskiem tabu i fetyszyzacją kobiecego łona. Lalki wykonują swoje czynności bezwiednie, prowadzone mapą pamięci, odmalowują topografię własnych ciał. Główne punkty wyznaczają wilgotne jamy ciała, jak oczy, usta czy wagina. Są to miejsca erogenne, łączące wnętrzności z tym, co względem ciała zewnętrzne. Manekiny pozbawione własnej inicjatywy, lubieżnie podatne i bardzo plastyczne, ulęgają wszystkim impulsom. Ich ciała stanowią teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego rodzaju demiurgicznych manipulacji. Z przymusu i pod nadzorem katów, prowadzone za sznurki marionetki w ekstatycznym uniesieniu, prezentują ogromną rozpiętość ekspresji. Od wycia z rozpaczy, poprzez frenetyczną radość, dochodzą do okrucieństwa, żałoby i w końcu śmierci.
Obsceniczna naoczność misterium budziła wśród widzów różne reakcje. Jedni unikali spojrzeń, inni zaś wręcz przeciwnie upajali się widokiem, wodząc wzrokiem, by zobaczyć jak najwięcej, niemal spadali z krzeseł. Bezmierna i ekshibicjonistyczna nagość była jednak w pełni uzasadniona i daleko jej do konsumpcyjnej, łatwostrawnej erotyki. Bez niej sztuka straciłaby sens. Metafizyczna orgia rozpoczęła się od niewinnej zabawy, a stała się inicjacją dokonaną w akcie gwałtu. Sytuacja odgrywana na żywo porusza i uruchamia drzemiącą w człowieku zwierzęcą naturę. Niszczycielska i płodna zarazem istnieje nie poza dobrem i złem, ale pośród nich. Jesteśmy świadkami, jak życie ku śmierci instynktownie walczy o przeżycie. Kobiece otwory, będąc źródłem cierpienia, wydają niemy krzyk, od którego nie sposób się uwolnić przez długi czas po wyjściu ze spektaklu. Jest to przeżycie tak silne, że zdezorientowany widz nie wie, jak zdystansować się wobec tego, co zobaczył. Inscenizacja narusza pewien constans człowieka i zaburza wewnętrzny imperatyw moralny. Wybity i skołowany traci orientację. Nie wie, w jakich kategoriach odbierać przedstawienie i jak z nim dalej żyć…
Puenta: operacja się udała, pacjent zmarł.
Agata Goraj, Portal Katowicki, 21.11.2011
Bo we mnie jest Bellmer
Lalka, czyli uległość i dystans. Mroczny przedmiot wyobraźni – w pokoju dziecinnym i na salonach. Muza surrealistów. Urzeczowiona nadrzeczywistość – nie raz, a zawsze inaczej, choć częstokroć w świadomym kolektywie nieświadomości: Bellmer amputuje i mnoży jej członki, by potem sfotografować, Eluard użycza głosu – tworząc poezje do sesji Bellmera, Herich ubiera ją w ciało i puszcza w ruch. W cyrku Bellmer b/o. Publiczność to tylko kamuflaż.
Z widowni na scenę wychodzą cztery kobiety. Na progu jedna z nich odwraca się jeszcze i dotyka (szczypie?) widza z pierwszego rzędu. Teraz jest jasne – to istota z krwi i kości. Tu wszystko się dzieje ‚naprawdę’. Cyrku Bellmer się nie ogląda. W cyrku Bellmer się żyje. W totalnej niewoli ciała i wyobraźni. Żeby nie było wątpliwości, arenę okala drut kolczasty – nie do sforsowania. Ale cyrk Bellmer to nie domek (obóz) dla lalek. Krzesło nad areną (tron?) zieje pustką. Cyrk Bellmer jest domeną lalek. I anagramów ciała.
Nogi, nogi, nogi i jeszcze raz nogi – w pensjonarskich, czarno-białych podkolanówkach. W odbiciach wertykalnych (wzdłuż linii brzucha) i kątach: ostrych, prostych i rozwartych. Aktorki Hericha, z kreślarską wręcz precyzją, mnożą i amputują linie, zgięcia i wypukłości ciała. Tworzą dziwaczne konstelacje z cielesnych powtórzeń – znak rozpoznawczy Bellmera. Jakby on sam wszczepił im w miejsce stawów – złącza kulkowe. Niespokojne rozgwiazdy o ośmiu nogach (kopie ramienia) to jawa, nie sen. I zaledwie początek surrealnej tabliczki mnożenia w cyrku Herich.
Reżyser, bowiem, komplikuje i kombinuje działania Bellmera na ciele – przepuszcza fantazje lalkarza przez subiektywny filtr własnej wyobraźni. I autoironii. Rozchichotane podlotki przeglądają się w czaszkach klaunów o upiornych siekaczach, gumowe rękawice w rozczapierzonych szponach, a subtelność w grotesce i melodramacie – huśtawka nastrojów (z podbitkami) to popisowy numer w cyrku Marcina Hericha. Co więcej, cytujące się ciało infekuje cyrkowe zewnętrze. Transfer usta-wagina odbija się echem w rozchylonej kurtynie i rozwartym wieku od trumny. Kochanek-koroner-reżyser. Oryginalne kopie b/o.
Bez ograniczeń – bo lalka ma swój świat u Hericha. I wyobraźnię. Konstelacje czarno-białych, pasiastych pończoch przechodzą nagle w galop spłoszonych zebr. I tworzą się nowe spontaniczne konfiguracje – „konwulsyjne piękno” z postulatu Bretona. Co prawda, smagnięcia batem brzuchatych zombie (w makijażu klauna) plus abrakadabry dadaisty-iluzjonisty (rewelacyjni Cezary Kruszyna, Marek Radwan i Lesław Witosz) ustawiają lalki do pionu, ale tylko na moment. To nie tresura, ale zapasy. Na zmianę z musztrą i „Heil Hitler”, lalki oddają się z upodobaniem anatomicznym rojeniom. Psychodelia z ringu Francisa Bacona na planie slapsticku Bustera Keatona. Trudno rozsądzić czy śmiać się, czy płakać w cyrku Bellmer b/o.
Lalki Hericha nie głowią się nad tym – chowają głowę (i rozsądek) za resztą ciała, albo ubraniem i maską. A mimo to, wykonują – z techniczną precyzją – karkołomne ewolucje. Do przewrotnych słów Ordonki: „za czym tęsknię dziś, o czym marzę dziś, możesz z twarzy wyczytać tę myśl.” Jak to rozumieć? „Musisz sercem zrozumieć,” dośpiewuje Ordonka – na nutę Hericha. Bo ciało w cyrku Bellmer czuje, myśli i fantazjuje w całej rozciągłości, w trzewiach i w nieświadomości. Wymyka się zewnętrznej, odgórnej kontroli. „To nie sama głowa miała inwencję matematyk,” Herich powtarza za Bellmerem. I funduje nogom wielokrotny ‚coming out.’ A publiczności – po kolejnym powtórzeniu – hipnozę. Przy jazgocie katarynki, w oszałamiającym świetle reflektorów i odurzającej czerwieni na scenie (kurtyna, wino, szminka, cmentarne harpie i wieńce) budzi się nieświadomość, a z nią majaki i marzenia.
Spektakl Hericha jest, więc, złączem kulkowym w stawach publiczności. Ożywia i ucieleśnia wyobraźnię. I legitymizuje marzenie (lalkę), podejrzane o to, że jest tylko fikcją. Z finezją i bez ogródek, z nostalgią i rechotem, pół żartem i pół serio, z Bellmerem i bez. I stąd cały ten cyrk: „związek obdarzony realnością zdecydowanie wyższą [niż rzeczywistość], gdyż zarazem subiektywną i obiektywną” – cytując Hansa Bellmera, ale w cyrku Herich i Sp. z o.o.
Monika Gorzelak, Dziennik Teatralny, 5.12.2011
Festiwal Sąsiedzi
Spektakl „Cyrk Bellmer” Teatru A Part jest inspirowany – jak wskazuje tytuł – twórczością Hansa Bellmera. Nie ukrywam, że inspiracja ta była dla mnie zachętą do oczekiwania na owo przedstawienie i zobaczenie go. Uważam bowiem Bellmera za twórcę ciekawego i wartego wydobycia ze swego rodzaju niebytu, w jakim właściwie wciąż jeszcze pozostaje w Polsce. Ja sam zacząłem poznawać jego twórczość dość dawno temu, na początku lat 90.
Najpierw były to bowiem jego niepokojące, ale też intrygujące zarazem rysunki, które posłużyły jako ilustracje do wydanego wówczas tomu Georgesa Bataille’a „Historia oka i inne historie”. Dopiero później „odkryłem” dla siebie jego wcześniejsze rzeźbiarskie instalacje wykorzystujące lalki, z których zasłynął najbardziej. Wspominam o tym pierwszym spotkaniu z twórczością Bellmera nieprzypadkowo. To właśnie jego rysunki pozwalają na lepsze, głębsze wniknięcie w materię spektaklu. Zaryzykuję twierdzenie, że można je uznać za swoisty autorski komentarz – nie wiem: świadomy czy nie – do całej jego wcześniejszej twórczości. Jest też w nich zawarty ów nierozerwalny związek Erosa i Tanatosa, będący osią spektaklu. Artyści z A Part bardzo trafnie i zgrabnie przełożyli na język teatru (bo wbrew pewnym obawom, jakie żywiłem a priori, był to teatr) estetykę i klimat twórczości Bellmera. Ożywili jego rzeźby oraz rysunki i umieścili wydobyte z nich postacie w osobliwym punkcie, w którym tania rozrywka styka się ze śmiercią. Świat jest smutnym, tandetnym i nierzadko obscenicznym cyrkiem, zdają się nam mówić, a my nie mamy innego wyjścia, jak tylko to, by w nim występować. I nie ma żadnej pewności, że po „drugiej stronie” będzie inaczej. Nie twierdzę, że „Cyrk Bellmer” jakoś radykalnie wpłynął na mój sposób patrzenia na rzeczywistość, ale jego emocjonalna intensywność i sugestywność sprawiły, że nie mogę się odeń do końca uwolnić.
Andrzej Z. Kowalczyk, Kurier Lubelski, 26.05.2012
Lalki Bellmera – ożywione, by umrzeć
Fakt, że lalki Bellmera, niezwykle wyraziste i prowokacyjne, stanowią ciekawą materię dla teatru potwierdza spektakl A Part-u, nawiązujacy do artysty już w tytule. W „Cyrku Bellmer” pojawia się wiele jego instalacji i szkiców, wszystkie jednak ożywione, wykreowane przez cztery aktorki, a nie obecne jedynie jako rekwizyty. Tworzone przez niego postaci sa karykaturami człowieka – okrutnie zniekształconymi, grubymi i obrzękłymi lub nienaturalnie chudymi – pokrakami, których miejsce jest w cyrku. Dlatego na umieszczenie spektaklu w tej przestrzeni zdecydował się reżyser, Marcin Herich.
Obok klaunów oraz dyrektora-iluzjonisty na arenie (ogrodzonej drutem kolczastym!) pojawiają sie więc i one – ubrane w sukienki baletnic, ale całkowicie pozbawione ich gracji, niezdarne. Nie potrafią wykonać nawet prostych numerów cyrkowych, takich jak skok na trampolinie, przez skakankę, kręcenie hula-hop czy przejście po rozłożonej na ziemi linie. Ich czarno-białe pończochy i buty na obcasie sa niemalże żywcem wyjęte z grafik Bellmera. Ten iście bellmerowski klimat utrzymany jest także w kolejnych cyrkowych scenach: kobiety w białych maskach i z włosami zaczesanymi na bok zaglądają sobie pod bluzki, tańczą z majtkami spuszczonymi do kostek, rzucają sobie z rąk do rąk bieliznę jednej z nich. Potem pojawiają się ubrane w czerwone gumowe płaszczyki i wielkie czerwone rękawice – noszone to na dłoniach, to na stopach. Kiedy natomiast zakładają na twarze maski potworów, znów przypominają szkarady, które tak chętnie obrazował urodzony w Katowicach artysta. Jednak cyrk z ich udziałem wcale nie jest śmieszny, jest przygnębiający, przerażający. Sytuacji nie ratują nawet całkiem zabawni klauni, którzy zmuszeni są uczestniczyć w tym ponurym widowisku, pełniąc równocześnie role grabarzy.
Fatalistyczny show toczy sie dalej, kobiety znów pojawiają sią na scenie. Wchodzą ubrane w białe koszule, w dłoniach trzymają kieliszki z winem. Dziko śmiejąc się zaczynają szaleńczy taniec, w czasie którego rozlewają trunek, drą ubranie, malują swoje ciało czerwoną pomadką. Okazuje się, że są półnagie – kiedy siadają na krzesłach w rozkroku, w połączeniu z poszarpanymi koszulami i „zakrwawionym” ciałem, znów stają sie ucieleśnieniem surrealistycznych wizji Bellmera. Kobiety zbliżają się do śmierci, ważna rolę odgrywa teraz piasek (wrzucony wcześniej na scenę przez klaunów-grabarzy), który wsypują do kieliszków, a nawet zjadaja. Ta scena należy do wizualnie najciekawszych w spektaklu – aktorki zawijają resztkami koszuli swe głowy, rysują na nich szminką twarz i „gryzą” piasek. Jak po każdej scenie, chowają sie za kurtyną, jednak tym razem – na stałe. Klauni zamykają puste trumny umieszczone po bokach sceny, kładąc na nich kwiaty i lampy odprawiają symbolicznie rytuał pogrzebowy.
Spektakl ciekawie wykorzystuje symbolikę stosowaną przez Bellmera – nagość, brzydotę czy obsceniczność. Choć kolejne sceny różnią się od siebie wyglądem i zachowaniem „ożywionych lalek”, cechuje je pewna powtarzalność, jeszcze bardziej podkreślająca feralność cyrku. Jego przesłanie nie jest bowiem optymistyczne – cyrk daje lalkom życie tylko po to, by je zaraz odebrać. Cóż za ironia losu!
Agnieszka Misiewicz, Na Stronie (Teatralia), 21-22.06.2012
Zdjęcia: Agnieszka Seidel-Kożuch
Otwórz galerię Zobacz wideo